Opublikowano Kategorie: Artykuły

Sposoby na cukrzycę typu 1 i na szczęśliwe życie Pani Swojego Czasu

Aleksandra Budzyńska – wzór metodyczności, ukierunkowania na cel i świadomości biznesowej. W Internecie znana szerzej jako Pani Swojego Czasu, ale również jako Mama Cukiereczka. Ta druga pojawiła się nieco wcześniej i zrewolucjonizowała życie Oli. Gdy jej syn miał 5 lat, zdiagnozowano u niego cukrzycę typu 1. To choroba wymagająca ciągłej uwagi, planowania, liczenia, o której dziś opowie nam sama Ola.

Pani-Swojego-czasu-wywiad-noż

 

Pomysł na biznes Oli narodził się właśnie, kiedy jako Mama Cukiereczka stwierdziła, że nie chce już żyć na walizkach. Pragnęła rozwijać się zawodowo, jednocześnie dbając o potrzeby swojej latorośli.

Czym jest Pani Swojego Czasu? To przedsięwzięcie skupiające się na szeroko pojętym zarządzaniu czasem i priorytetami kobiet. Ola opowie nam o swoim czasie, o planowaniu posiłków, o cukrze, o kulinariach, o wyrzeczeniach i o tym, co uszczęśliwia i denerwuje Mamę Cukiereczka, Panią Swojego Czasu i Mamę Wojowniczkę. Dziś zatem Ola Budzyńska w trzech osobach, a wszystko okraszone jej apetytem na życie. Przepis na szczęście?

***

„Jestem zdrowa, mam kochającego, zdrowego męża. Mam cudowne, zdrowe dzieci”.

Już po zdiagnozowaniu swojego syna napisałaś: „Jestem zdrowa, mam kochającego, zdrowego męża. Mam cudowne, zdrowe dzieci”. Ujęło mnie to. Jak w takim razie rozumiesz zdrowie? Chyba nieco inaczej niż rodzice większości (chciałoby się powiedzieć: „naprawdę”) „zdrowych” dzieci.

Przyznam, że mnie samą zaskoczyło to myślenie. Wiem, że Jaś jest chory. Wiem też, że na razie jest to choroba nieuleczalna (bo kto wie, co będzie w przyszłości?), choć przy odrobinie wysiłku, planowania i pracy zespołowej całej naszej rodziny – do opanowania. Ta myśl: „Mam zdrową rodzinę i zdrowe dzieci” pojawiła się, gdy tuż po diagnozie przychodziłam do Jaśka i mijałam oddział onkologiczny. Widziałam zapłakanych rodziców, których ciężko chore dzieci mogą nie tylko nigdy nie wyzdrowieć, lecz także stracić życie. Widząc taką ilość cierpienia, którego nie potrafiłabym znieść, pomyślałam o sobie właśnie jak o szczęściarze.

Cukrzyca typu 1 to schorzenie, które różni się od powszechnie znanej cukrzycy typu 2, na którą zwykle pracujemy latami. Na blogu oraz w mediach niejednokrotnie obalałaś mity na temat tej choroby. Jak jest ze społeczną świadomością i wiedzą na temat schorzenia Jasia? Czy coś w tym temacie się zmienia, czy nadal Mama Wojowniczka ma pełne ręce roboty?

Mam wrażenie, że nie zmienia się nic. Choć w moim otoczeniu wszyscy wiedzą, co i jak – moja rodzina bliższa i dalsza, przyjaciele, znajomi, a nawet moje czytelniczki – wiedza społeczeństwa jest wciąż niewielka.

Do tej pory pamiętam, gdy jako Mama Cukiereczka zostałam zaproszona do programu „Dzień Dobry TVN” – we wprowadzeniu przekazano tyle bzdur o tej chorobie, ilu dawno nie słyszałam.

Obecnie jednak jest we mnie większy spokój – w końcu kiedyś również niczego nie wiedziałam o tej chorobie. Teraz każde pytanie bardzo mnie cieszy, bo oznacza, że kolejna osoba chce się czegoś dowiedzieć. Z chęcią sama tłumaczę, coraz częściej tłumaczy też Jaś, a nawet nasz młodszy syn, Franek, który przekonuje, że „szóstka Jasia (czyli trzustka) nie robi insuliny, dlatego podaje mu ją pompa”.

Ola Budzyńska na rowerze

Sytuację najszybciej zaakceptowała rodzina – moja mama przeszła u mnie tygodniowe szkolenie, gdy dzień w dzień przedstawiałam jej wszystkie tematy dokładnie tak samo, jak nas uczono. Teściowa z kolei dowiedziała się wszystkiego podczas pięciodniowego szkolenia w szpitalu.

Jaś zachorował, gdy chodził do przedszkola. Wprawdzie spotkaliśmy się ze zrozumieniem i przyjaznym nastawieniem, ale z zerową chęcią praktycznej pomocy. Na każdy posiłek musieliśmy – ja lub mąż – biec do przedszkola, mierzyć Jasiowi cukier i podawać insulinę.

W szkole mamy o wiele bardziej komfortową sytuację, ponieważ – po pierwsze – Jaś nie jest jedynym dzieckiem z cukrzycą i pompą insulinową, po drugie – Jaś jest starszy, ma telefon, więc kontaktujemy się z nim zdalnie; gdy dzwoni do nas przed posiłkiem i podaje poziom cukru we krwi, wskazujemy, ile insuliny musi sobie podać (bo robi to już samodzielnie), a nauczycielki tylko nadzorują, czy robi to prawidłowo.

Bywają trudne sytuacje, gdy Jaś widzi, że dzieci – zamiast śniadań – przynoszą czekoladowe wafelki, rogaliki czy chipsy. Często pyta, dlaczego one mogą, a jemu zabraniamy. Wyjaśnianie mu tej kwestii zupełnie nie jest związane z cukrzycą, bo nawet gdyby moje dziecko jej nie miało, nie wyobrażam sobie dawać mu chipsy do szkoły.

„Nie lubię sałaty, ale być może muszę ją jeść”

Podobnie jak ja przeżyłaś pewną rewolucję życiową za sprawą swojego dziecka, choć gdy czytam o Waszych doświadczeniach z „obsługą” cukrzycy typu 1, stwierdzam, że nasze problemy były stanowczo łatwiejsze do okiełznania. Jak wyglądały Wasze początki, kiedy cukrzyca typu 1 stała się nieproszoną towarzyszką życia?

Trzeba jasno powiedzieć, że na temat cukrzycy typu 1 nie wiedziałam wcześniej absolutnie nic. Byłam przeciętnym rodzicem, który nie miał pojęcia, skąd to się wzięło i co tak naprawdę oznacza. Zresztą – może i lepiej, bo wiedząc, załamałabym się już na starcie.

Na przykład sama diagnoza – można powiedzieć, że objawy tej choroby są banalne: dziecko ma ogromne pragnienie, a w związku z tym często siusia. U Jaśka zaczęło się w lipcu. Początkowo nic nas nie niepokoiło: jest ciepło, dziecko pije, więc w zasadzie trzeba się cieszyć, prawda? Gdy jednak którejś nocy Jaś wypił ponad 1,5 litra wody, doszłam do wniosku, że nie jest to normalne. Byliśmy wtedy na wakacjach. Pierwsze, co zrobiłam, to poszukałam podpowiedzi w Google (żeby było jasne – nie jestem mamą, która zamiast iść do lekarza, sprawdza rozwiązania na forach internetowych; po prostu myśl, że coś jest nie tak, przyszła mi do głowy wieczorem).

Gdy dowiedziałam się, że objawy mogą oznaczać cukrzycę, następnego dnia pojechaliśmy do domu, zrobiliśmy badania krwi i jeszcze tego samego wieczoru znaleźliśmy się w szpitalu. Dlaczego o tym piszę? Bo wielu rodziców nie decyduje się na badanie krwi (które jest przecież miarodajne), w rezultacie dziecko trafia do szpitala w stanie krytycznym (na przykład w śpiączce).

W szpitalu krok po kroku uczono nas, co i jak robić; dawkowano wiedzę oraz umiejętności. Przez pierwszy tydzień obserwowaliśmy, co robią pielęgniarki, a że pojawialiśmy się z mężem na zmianę, by przez 24 godziny na dobę być przy Jaśku, szybko poznaliśmy rytm, który w przyszłości miał dotyczyć również nas.

W drugim tygodniu braliśmy udział w szkoleniu. Pielęgniarki zwiększały zakres naszego działania, przyglądając się, czy właściwie wykonujemy poszczególne czynności.

Do tej pory pamiętam pierwszy zastrzyk z pena, który dawałam Jaśkowi – myślałam, że umrę ze stresu, choć nie chciałam niczego po sobie pokazać, by dziecko nie bało się jeszcze bardziej.

Największa zmiana dotyczyła, oczywiście, naszych nawyków żywieniowych, choć nie była tak dramatyczna, jak innych małych pacjentów (z przerażeniem odkrywałam na przykład, że niektóre mamy nie mają pojęcia, jak kaloryczne i niezdrowe są napoje gazowane typu coca-cola!). Do tej pory staraliśmy odżywiać się zdrowo, ale niekoniecznie w mocno zbilansowany sposób. Dopiero w szpitalu dotarło do nas, że od teraz każdy nasz posiłek będzie musiał składać się z węglowodanów, białek i tłuszczów. Każdy, a to oznacza, że płatki z mlekiem odpadają jako samodzielny posiłek.

Gdy byłam w szpitalu, zupełnie nie zwracałam uwagi na organizację wszystkiego – wsparcie, informowanie, edukację itp. Dopiero gdy wyszliśmy i zaczęłam dzielić się swoim doświadczeniem z innymi, odkryłam, że nie wszędzie jest tak różowo – poziom uświadamiania rodziców i usamodzielniania dzieci jest różny w różnych miejscowościach w Polsce. Ale też trzeba przyznać, że uczenie rodziców i dzieci, jak radzić sobie z tą chorobą, jest mocno uzależnione od punktu wyjścia i rodziców, i dzieci. O wiele trudniej wytłumaczyć pewne sprawy rodzinie, która każdy niedzielny obiad spędza w McDonald’s, a która nigdy w życiu nie jadła płatków owsianych. Pamiętam, że gdy do szpitala nosiłam Jaśkowi kalarepę (surową mógł jeść), niektóre dzieci nie wiedziały, co to jest, w dodatku były zaskoczone, że jest słodka.

Jeśli chodzi o Jaśka, mieliśmy szczęście, bo nie grymasił przy jedzeniu, choć nie był dzieckiem, które zawsze wszystko zjadało. Denerwuje mnie podział na dzieci niejadki i dzieci jedzące wszystko; my po prostu uczyliśmy go, że jedzenie jest ważne i bywa przyjemne. Nigdy nie zmuszaliśmy go do jedzenia, ale też nigdy nie dawaliśmy mu przekąsek między posiłkami. Co więcej – słodycze nie były nagrodą za zjedzenie czegoś zdrowego. Wychodzimy z założenia, że zdrowe i dobre jedzenie jest nagrodą samą w sobie.

Pani swojego czasu

Czy mogłabyś w praktyce wytłumaczyć, jak wygląda codzienność z cukrzycą typu 1? Wiem, że liczenie wymienników i odmierzanie insuliny opanowałaś do perfekcji. Wiem również, że na poziom cukru wpływa mnóstwo czynników – nie tylko te oczywiste jak ilość węglowodanów w pożywieniu. Co to oznacza w praktyce dla rodziców Cukiereczka?

Najogólniej rzecz biorąc można powiedzieć, że tryb życia dziecka z cukrzycą typu 1 nie powinien w żaden sposób różnić się od trybu dziecka, które nie ma tej choroby, czyli powinno zdrowo się odżywiać, dużo ruszać oraz żyć w miarę możliwości spokojnie (bez stresów). Pytanie tylko, które dziecko tak ma?

Ze względu na chorobę Jaś musi odżywiać się zdrowo, a jego posiłki muszą być zbilansowane. Każdy posiłek musi mieć przeliczone wymienniki węglowodanowe i tłuszczowo-białkowe. Co to w praktyce oznacza? Musimy wiedzieć, ile węglowodanów jest w jego kromce chleba (czyli ile waży jego kromka; jeżeli w 20 gramach chleba żytniego jest 10 gramów węglowodanów, wiemy, że jest to tak zwany jeden ww – wymiennik węglowodanowy. Oczywiście chleb chlebowi nierówny – inaczej liczy się chleb pszenny, inaczej chleb żytni itp.), ile tłuszczu jest w jego rybie oraz ile białka jest w jego mleku. Musimy to wiedzieć, bo te ilości mówią nam, ile inuliny należy podać do każdego posiłku.

Jaś ma mierzony cukier przed każdym posiłkiem (a zjada 5 posiłków dziennie), dodatkowo 3 razy w ciągu nocy. Obecnie ma 7 lat, więc i ja, i mój mąż wstajemy o 22.00, 1.30 oraz 4.30, by zmierzyć cukier. Gdy poziom jest za niski, podajemy Jaśkowi coś słodkiego; gdy za wysoki – podajemy korektę z insuliny. Wszystkie wyniki poza normą powodują, że cukier musi być badany częściej, więc zdarzają się noce, gdy co godzinę mierzymy poziom cukru. Wyobrażasz sobie zapewne, jak później wyglądają nasze dni pracy?

Ola Budzyńska

Jeśli chodzi o sport – godzina wysiłku codziennie. Rower, bieganie, spacery. Dodatkowo dwa razy w tygodniu Jaś chodzi na ścianę wspinaczkową, bo uwielbia się wspinać. Pracownicy wiedzą o jego chorobie i rozumieją, że czasem musi odłączyć się od innych i zmierzyć cukier, by móc ćwiczyć bezpiecznie. Przed każdym wysiłkiem fizycznym dziecko z cukrzycą typu 1 musi zmierzyć poziom cukru – nie można ćwiczyć przy zbyt niskim lub zbyt wysokim cukrze.

Nawet jeśli wydaje Ci się to skomplikowane, powiem, że samo liczenie, mierzenie i ważenie jest łatwe i przewidywalne. Jednak poziom cukru u dziecka wynika nie tylko ze sposobu jego odżywiania; dochodzą kwestie, na które my, rodzice, nie do końca mamy wpływ.

Po pierwsze – hormony. Jaś rośnie. W nocy wydziela się hormon wzrostu, który czasem powoduje, że cukry szaleją. Po drugie – infekcje i choroby, które podnoszą poziom cukru, a my nie możemy go obniżyć, choćbyśmy stawali na głowie i podawali końskie dawki insuliny. Po trzecie – emocje. Zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Wizyta w teatrze i smok wawelski na scenie gwarantują skok poziomu cukru. Strach przed stresującym wydarzeniem – również. I – niestety – podjadanie. Jaś jest dzieckiem wystawionym na masę pokus. Głupi cukierek, którym ktoś poczęstuje go w szkole, spowoduje kosmiczny wzrost poziomu cukru. Mama, która nie ma dziecka z cukrzycą typu 1, nawet się o tym nie dowie, ja jednak od razu zobaczę zmianę w wynikach Jasia.

„Cukier spada” albo „cukier rośnie” – co to tak naprawdę oznacza? Zdrowy człowiek ma zawsze w normie poziom cukru (między 90 a 120), ponieważ jego trzustka działa prawidłowo, a komórki beta produkują insulinę. Gdy zjesz coś supersłodkiego, pełnego węglowodanów prostych, twoja trzustka dosłownie wyrzuca z siebie insulinę. U Jasia natomiast komórki beta są zniszczone i jej nie produkują, dlatego musi być dostarczana z zewnątrz. Insulina to hormon, który reguluje poziom cukru we krwi. Gdy jest jej za mało, poziom cukru rośnie; gdy jest jej za dużo – poziom cukru maleje. Zdrowy organizm ludzki jest doskonale wyregulowany i sam najlepiej wie, ile i czego mu potrzeba. Jasia organizm, niestety, nie ma takiej regulacji, stąd nasze wyliczenia. Im precyzyjniej wyliczymy, tym większą mamy szansę dobrać właściwą dawkę insuliny, którą Jaś powinien otrzymać, i tym mniej ryzykujemy niewłaściwym poziomem cukru.

Co w praktyce oznaczają poziomy cukru? W dorosłym życiu Jasia wysoki cukier oznacza powikłania, jakie wynikają z cukrzycy (a jest ich w cholerę i trochę; najczęstsze to choroby oczu, choroby nerek, uszkodzenia nerwów, choroby serca, a nawet udar mózgu). Niski poziom cukru to bezpośrednie zagrożenie życia tu i teraz; cukier (węglowodany) to nasza energia życiowa – bardzo niski poziom cukru we krwi powoduje, że człowiek traci przytomność i wpada w śpiączkę, co może skończyć się śmiercią.

Jak dieta Twojego dziecka zdeterminowała rodzinne menu? Cukrzyca typu 1 jest o tyle przewrotną chorobą, że na pewno kontrolujecie również Franka pod tym kątem. Jak zrewidowaliście swój styl życia i żywienia? Bo wiem, że to zrobiliście.

To ciekawe, bo z jednej strony dieta zmieniła nasz jadłospis w 100%, z drugiej nie zmieniła go w ogóle.

Co się zatem zmieniło, a co nie? Zmieniło się, oczywiście, liczenie. Mamy większą świadomość tego, co jest zdrowe, a co nie. Jemy z większą regularnością niż wcześniej, bo mniej więcej co trzy godziny – to optymalna częstotliwość nie tylko dla dziecka z cukrzycą.

Nasze podejście do słodyczy nie zmieniło się drastycznie – słodycze nigdy nie były w domu standardem; raczej jadaliśmy je od czasu do czasu. Na pewno nigdy nie stanowiły przekąski między posiłkami.

Zawsze staraliśmy się wybierać lepsze jakościowo słodkości, na przykład gorzką czekoladę. Teraz tym bardziej stosujemy tę zasadę.

Nasi chłopcy jedzą praktycznie to samo, choć każdy z nich miewa fanaberie, do których podchodzimy ze zrozumieniem – w końcu dorośli ludzie też jedne rzeczy lubią, a inne nie.

Poza tym, w przeciwieństwie do mojej rodziny, jestem wegetarianką. Nie namawiam jej do przejścia na wegetarianizm, ale też nie ukrywam, dlaczego sama się zdecydowałam (a zdecydowały względy ideologiczne, nie zdrowotne). Byłoby dziwne, gdybym wszystkim kazała jeść to samo, podczas gdy sama nie jadam wielu posiłków.

To, od czego nie robię wyjątków, to próbowanie; jeśli przygotowuję nowe danie, dzieci muszą je spróbować – może im nie smakować, mogą nie zechcieć jeść. Czasem wygląda to komicznie, gdy wyliczają, że spróbują dwóch ziarenek kaszy (i faktycznie je liczą).

Nie stosujemy się też do zasady, że musi być sprawiedliwie, bo życie nie jest sprawiedliwe i utwierdzanie dzieci w tym przekonaniu byłoby według mnie błędem.

Nie jest sprawiedliwe, że Jaś ma cukrzycę, i nie jest sprawiedliwe, że gdy ma niski cukier, pije coca-colę, a Franek nie (cola podnosi poziom cukru w czasie upałów, bo nie psuje się tak szybko jak sok jabłkowy, który standardowo kupujemy. Jednocześnie w domu nie pijemy słodkich napojów gazowanych, więc coca jest dla dzieci niesamowitym luksusem).

Dokładnie tak samo jest, gdy Franek dostanie chleb z miodem, którego akurat Jaś nie może zjeść, bo ma za wysoki cukier – to też nie jest sprawiedliwe. Gdy dzieci narzekają i zaczynają swoje „to niesprawiedliweee”, proponuję im, żebyśmy zaczęli sprawiedliwie się odżywiać – wszyscy będziemy jeść to samo, bez względu na to, co kto lubi. Proponuję też, żeby zacząć tę sprawiedliwość od jedzenia pomidorów (które z mężem uwielbiamy, a których nasze dzieci nie znoszą) – pomysł o sprawiedliwym podejściu do jedzenia szybko wylatuje im z głowy.

To, co zmieniliśmy w 100%, to słodzenie. Do tej pory słodziliśmy cukrem, po diagnozie choroby Jasia przeszliśmy na stewię. Herbatę w ogóle przestaliśmy słodzić.

Pani swojego czasu kawa

Zmiany w naszym jadłospisie nie są radykalne, bo nie muszą takie być. Dieta dziecka z cukrzycą typu 1 powinna być normalną, zróżnicowaną, zdrową dietą, dlatego Jaś w szkole je dokładnie to samo, co inne dzieci, z niewielkimi odchyleniami – na przykład słynny makaron z serem i cukrem w jego przypadku nie ma cukru. Nie chcemy jednak, żeby nie jadł tego, co pozostałe dzieci, skoro w ich oczach jest już wystarczająco „inny” i robi wiele rzeczy, których nie robią jego rowieśnicy.

Jak podchodzisz do tematu planowania posiłków? Czy planujesz je z dużym wyprzedzeniem? Ustalasz tygodniowe menu? Czy raczej jest to dziedzina życia, w której stawiasz na freestyle i dbasz jedynie o dostępność odpowiednich składników w lodówce, z których czarujesz szybkie potrawy?

Może się wydawać dziwne, że osoba, która zajmuje się organizacją i planowaniem… nie planuje posiłków z wyprzedzeniem. Nie ma u nas takiej potrzeby, więc nie robimy tego.

Dlaczego nie ma takiej potrzeby? Bo dzieci jedzą obiady w szkole i przedszkolu, mąż w pracy, a ja przyrządzam je dla siebie w domu. Preferuję jednogarnkowe wegetariańskie dania, które można szybko przygotować.

Wieczorami nie jemy drugiego obiadu, więc nie zastanawiamy się, co takiego zrobić, by smakowało całej rodzinie.

To, co robimy z żelazną regularnością, to zakupy i planowanie zakupów – zawsze dbamy o to, by mieć w domu wszystko, co jest potrzebne do zrobienia obiadu. Szafka, która pełni funkcję spiżarki, jest zawsze pełna kasz, makaronów, ryżów, z których możemy ugotować nasze ukochane jednogarnkowe dania.

To, czego w zasadzie nigdy nie robimy, to różnego rodzaju kotlety i inne cuda, które wymagają ubijania, smażenia itp. Ja tego nie robię, bo nie lubię dotykać mięsa, mąż z kolei nie lubi tracić czasu. Z tego względu typowo polskie obiady – ziemniaki, mięsko i surówka – zostawiamy babci. U nas prędzej zjesz makaron ryżowy z pikantnym chińskim sosem.

Teraz będzie o pewnej analogii między nami – lub może o jej braku? Niektórzy odbierają mnie jako osobę, która na zdrowym jedzeniu zjadła już wszystkie zęby i pewnie całe życie piecze bezglutenowe chleby i kręci pasty z soczewicy. Kiedy mówię, że jeszcze dobrych kilka lat temu jadałam kebaby, a moje próby gotowania obiadu kończyły się zwykle zamawianiem pizzy, wszyscy patrzą ze zdumieniem, choć pewnie przyjmują tę informację z radością, bo cudnie jest wiedzieć, że skoro ignorantka i antytalent kulinarny dała radę, to i reszta potrafi! Olu, powiedz więc, proszę, że nie zawsze byłaś tak doskonale zorganizowana i zdeterminowana. Jeśli to przyznasz, wszystkim nam zrobi się raźniej i każdy uwierzy w to, że potrafi się zorganizować.

Niestety, muszę Cię rozczarować – zawsze byłam świetnie zorganizowana. Ale to wcale nie była zaleta! Cierpiałam na syndrom „nadzorganizowania”, to znaczy wydawało mi się, że moje życie w każdym calu musi być zaplanowane, zorganizowane i rozpisane, a ja muszę zrobić wszystko, co zaplanowałam (a planowałam bardzo dużo).

Takie działanie kończyło się chronicznym zmęczeniem, frustracją i wyrzutami sumienia, gdy kolejny raz nie udawało mi się wszystkiego zrealizować.

Sytuacja powoli zaczęła zmieniać się po urodzeniu dzieci, a kompletnie poszła w niepamięć po diagnozie Jasia.

Od tego momentu mam życie zorganizowane i zaplanowane, ale już nie rządzi w nim słowo „wszystko”, lecz słowo „priorytet”. Idę przez życie w zgodzie ze swoimi priorytetami, a nie oczekiwaniami całego świata. Całkiem sporej części osób to się nie podoba, no ale cóż – to moje życie.

I takiego podejścia uczę właśnie kobiety – myślenia o swoich priorytetach i działaniu w zgodzie z nimi, a nie bycia super-hiper-zorganizowanym robotem od wszystkiego.

cele i realizacja Pani swojego czasu

Jak zatem przekonasz osoby totalnie niezorganizowane i chaotyczne w działaniu, że i one są w stanie zacząć działać metodycznie, planować swoje działania, tak aby poprawić jakość swojego funkcjonowania także w kontekście nowych, lepszych nawyków zdrowotnych?

W ogóle nie zamierzam ich przekonywać. Już dawno nauczyłam się, że przekonywanie do zmiany kogoś, kto jej nie chce, jest działaniem skazanym na porażkę.

Gdy jakaś kobieta mówi mi, że chciałaby zorganizować się i nauczyć planować, ale nie umie, nie potrafi, nie wie, jak to zrobić – uśmiecham się i pytam, czy chce się tego nauczyć.

Nauka organizacji jest jak nauka języka obcego – wymaga czasu i odrobiny chęci. Obcego języka nie nauczysz się w ciągu tygodnia, podobnie jak planowania swojego życia. Aby nauczyć się i jednego, i drugiego, nie potrzebujesz ani specjalnych narzędzi, ani niezwykłej siły woli; wystarczy 100% prawdziwa chęć.

Ta chęć jest często na nas „wymuszona” – języka uczysz się na żywym organizmie, gdy wyjeżdżasz za granicę i musisz znaleźć pracę, tymczasem organizacji chcesz się nauczyć, gdy kolejno zaczynasz zawalać wszystkie swoje zobowiązania.

Jeśli jednak niczego nie zawalasz, jeśli lubisz swój chaos i brak poukładania – i czujesz się z nimi dobrze – nie ma powodu, żeby cokolwiek zmieniać. Nie mam zamiaru „naprawiać” kobiet, które tego nie potrzebują i które tego nie chcą.

„Nie zawsze trzeba zmuszać się do wszystkiego – lepiej dać sobie prawo do… chwili oddechu. Po prostu…”

Dla mnie miernikiem Twojego sukcesu nie jest liczba zer na koncie, liczba sprzedanych kursów czy planerów. Dla mnie miernikiem Twojego sukcesu jest fakt, że potrafiłaś i potrafisz odnaleźć się w trudnej sytuacji, która wymaga nerwów ze stali, konsekwencji, nieprzespanych nocy i łączy się z lękiem o zdrowie dziecka. Nie zapominasz przy tym o sobie. Stworzyłaś mikroświat, który jest pełen planów, ale i beztroskiego (choć zaplanowanego) relaksu. W odpowiedzi na moją propozycję wywiadu napisałaś: „Musisz tylko liczyć się z moją zwolnioną reakcją, bo jestem teraz na miniwakacjach i choć trochę pracuję, głównie się byczę”. W świecie pełnym „braku czasu” pozwalasz sobie na byczenie, dzieciom na świetną zabawę, biznesowi na to, żeby działał i zapewnił Ci podstawę funkcjonowania. Czy czasami nie powinnaś się nazywać „Pani Swojego Balansu” lub „Pani Swojej Równowagi”?

Powiem Ci, że dla mnie również właśnie to jest miarą mojego sukcesu. Oczywiście cieszę się, że to, co robię z taką radością, pozwala mi zarabiać pieniądze i zapewnia mi utrzymanie, jednak najbardziej jestem zadowolona z tego, że mam takie zwyczajne i przewidywalne życie.

Miewałam okresy, w których moje życie było jednym wielkim „wow” – latałam w arabskich liniach lotniczych, zwiedzałam niesamowite kraje, poznawałam ciekawych ludzi. Non stop pracowałam, gdzieś wyjeżdżałam i nigdy nie było mnie w domu. Nie chcę już wracać do tego.

Ola Budzyńska na wakacjach

Oczywiście czasem włącza mi się adrenalina i myślę sobie: „I jeszcze to, i to, i to”, ale zaraz potem myślę „A po co?”. Oczywiście takie podejście nie oznacza, że nie lubię wyzwań – uwielbiam je, bo uwielbiam uczyć się nowych rzeczy i tworzyć nowości, ale takie podejście nie może w całości wypełniać mojego życia. Moje życie to i praca, i rodzina, i moje malowanie, i jeżdżenie na rowerze, i czas z dziećmi i z mężem, ale także zwyczajne lenistwo, na które pozwalam sobie bez wyrzutów sumienia.

Kiedyś kolega nakreślił mi, jak przebiegałby rozwój PSC za kilka lat, gdybym pracowała 10 godzin dziennie. To była piękna wizja, z niezwykle rozwiniętą marką. Tyle że nie chcę pracować 10 godzin dziennie. I nie będę, nawet jeśli rozwój PSC ucierpi na tym.

Wiem, że zaliczyliście już z cukrzycą wakacje zagraniczne i wyjazdy w Polsce. Jak radzicie sobie podczas ferii czy wakacji?

Radzimy sobie zupełnie standardowo.

Według mnie „generowanie” problemów podczas wyjazdów wakacyjnych nie ma żadnego związku z tym, czy dziecko jest chore czy nie, lecz z tym, jakie podejście do „wakacjowania się” (jak mówią moje dzieci) mają rodzice.

Znam rodziców, którzy zastanawiają się, czy z siedmioletnim dzieckiem można pojechać pod namiot – my po raz pierwszy byliśmy pod namiotem całą rodziną, gdy Jaś miał 3,5 roku, a Franek zaledwie 8 miesięcy. Jaś po raz pierwszy zobaczył morze w wieku 3 miesięcy, a Franek po raz pierwszy wspinał się po greckich skałach, gdy miał 4 lata.

Wspinaczka górska Grecja

Gdy podróżowanie i aktywne spędzanie wakacji jest Twoim stylem życia, nie zastanawiasz się, czy można czy nie, tylko sprawdzasz, co trzeba zrobić, by to urzeczywistnić. Oczywiście w przypadku podróżowania z Jasiem niekiedy staje się to bardziej skomplikowane, bo na przykład gdy chcemy lecieć samolotem, musimy zdobyć zaświadczenie od lekarza z wykazem wszystkich lekarstw, które posiadamy, a jest ich sporo: pompa insulinowa, insulina, peny, igły, paski do pomiaru cukru, glukometr, zapasowy glukometr, wkłucia, benzyna apteczna i milion innych drobiazgów. Wchodząc do samolotu, musimy mieć na to dokument.

Jaś przyzwyczaił się, że na lotnisku jest bardziej kontrolowany niż inni, bo przechodząc przez bramki, bardziej „piszczy” (z powodu pompy insulinowej, którą ma na sobie), ale dla niego to atrakcja.

Musimy też być bardziej przygotowani pod względem prowiantu; nie możemy liczyć, że „jakoś to będzie”, gdy poczujemy się głodni – jeżeli Jasiowi spadnie cukier, zawsze musimy mieć ze sobą coś słodkiego do jedzenia.

Jesteś książkowym molem. Czy są publikacje na temat zdrowia lub diety, które wywarły na Tobie szczególnie dobre wrażenie i które chętnie poleciłabyś innym?

Przyznam się, że nie gustuję w tego typu literaturze, jednak z powodu wegetarianizmu moją stałą pozycją jest „Jadłonomia”, która pokazuje, jak gotować wegańsko, smacznie i różnorodnie.

Serdeczne dzięki za rozmowę i życzę dużo, dużo energii do realizacji Twojej pasji do… życia.

A jeśli chcesz wiedzieć, jak się lepiej zorganizować to po prostu odwiedź Panią Swojego Czasu.

Zdjęcia: archiwum własne Pani Swojego Czasu
Oceń artykuł jako czytelnik: 1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (28 ocen, Średnia: 4,90 z 5)
Aga Kopczyńska

Aga Kopczyńska

Zawodowo zajmuję się edukacją. Wspieram innych między innymi w budowaniu lepszych nawyków. Blog ten jest zapisem moich inspiracji zdrowotnych, kulinarnych i nie tylko.

Chcesz się dowiedzieć czegoś nowego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *